Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/685

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wy, to zastosujemy w razie potrzeby lampy, zrobimy wreszcie wszystko, co trzeba, żeby ją wyleczyć. Sprostowałem jej mniemanie, że Ubezpieczalnia nie dysponuje odpowiednimi lekarstwami, tłumacząc, że jeśli będzie potrzebne lekarstwo nawet w cenie 100 zł, ale to tylko będzie jej mogło pomóc — to na pewno je otrzyma. Zapisałem okłady z rezorcyny, efekt nastąpił bardzo szybko, poprawa zaznaczyła się już po tygodniu, po dwóch dalszych stosowania maści rezorcynowej — wyprysk ustąpił całkowicie. Byliśmy oboje zadowoleni. Pamiętam jednak, że w czasie pierwszej wizyty pacjentka ta, mając prawo do zniechęcenia czy niezadowolenia z życia, zachowywała się niezwykle grzecznie i uprzejmie, co mnie mile uderzyło.
Każdy lekarz Ubezpieczalni, przeglądając swoją kartotekę, czy sięgając do swojej pamięci, znajdzie dużo tych chorych na prawdę cierpiących, ale zachowujących się mimo to, mimo trosk z chorobą związanych grzecznie i uprzejmie, darzących lekarza zaufaniem w czasie choroby i wdzięcznością po wyzdrowieniu. Ci pacjenci — to najlepsza nasza zapłata.
Z ciężko chorymi dzisiejszy lekarz domowy styka się przeważnie jednorazowo, wydaje przekaz do szpitala i na tym koniec. Bywa czasem jednak inaczej. Przed dwoma miesiącami byłem wezwany do pani Z., żony robotnika P. K. P. Stwierdziłem dychawicę oskrzelową i postępujące w ostatnich tygodniach wyniszczenie organizmu. W pozycji kolankowej znalazłem guz rozlany na dolno-tylnej powierzchni żołądka, twardy o nieregularnych granicach, kilka nierówności na wątrobie. Wywołałem męża na podwórko, nie chcąc poruszać tej sprawy przy chorej, i powiedziałem mu, że stan żony wywołany jest rakiem, i że w obecnym stanie choroby nie ma już na to żadnego lekarstwa. Zaczęły się teraz wizyty męża, który co kilka dni zwracał się do mnie z prośbą o potwierdzenie różnych recept na specyfiki, zapisywane przez odwiedzających jego żonę lekarzy zpoza Ubezpieczalni. Za pierwszym razem odmówiłem, tłumacząc to bezskutecznością leku (pancarpina i cardyl), za następną bytnością pana Z. zapytałem go wprost, czy ma za dużo pieniędzy na taką kosztowną a bądźcobądź zbyteczną kurację. Zaznaczyłem, że gdybym chorą widział parę miesięcy przedtem (w Ubezpieczalni nie leczyła się), to skierowałbym ją do zakładu odpowiedniego i można by było jeszcze z chorobą walczyć, jeśli zaś teraz jemu na stan żony otworzyłem oczy i przedstawiłem beznadziejność leczenia, to dlatego, że to było moim obowiązkiem. Po dwóch tygodniach pani Z. zmarła, po następnych dwóch odwiedził mnie Z. i dziękował za „dobre rady“. Przyszedł po to, żeby się wyżalić, wypłakać i przyznać się, że niepotrzebnie słuchał różnych rad sąsiadek, że „stracił“ kilkaset złotych, a „stanęło na tym, co pan od pierwszego razu powiedział“.
Przychodził do mnie czasem emeryt kolejowy, pan Paulin J. Otyłość, niedomoga mięśnia sercowego, wiek 78 lat. Wezwano mnie kiedyś do nie-