Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/419

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


całym ciele. Usta otwarte. Oczy nieprzytomne latają wokoło. Obraz sztraszliwy.
Cofnąłem się od progu kościoła. — Byłem oszołomiony i zalękniony. Nastrój był wstrząsający. Byłem jak i cały ten tłum pod wpływem niesamowitej władzy. Zapomniałem o rzeczywistym świecie, przebywałem w innej epoce, w dziedzinie fantastycznych bajan niańki.
Zadrżałem na szept starego chłopa, który niespodziewanie począł ciągnąć mnie na bok.
Ady niech Panicek zeńdzie z drogi, bo zły już w ni słabnie. Bedzie z ni wychodził, to nie trza stać mu na drodze. Nie trza.
Ocknąłem się.
Krzyki stopniowo przycichały i przechodziły w skomlenie. Potem jęk i cisza. Coś się dokonało czy stało, coś co przyniosło uspokojenie i wydobyło westchnienie ulgi. Odetchnąłem.
Wynieśli ją rozwiniętą z płacht i zupełnie bezwolną i bierną. Lała się przez ręce. Nie reagowała na nic. Robiła wrażenie nieżywej. Była śmiertelnie znużona.
Nieśli ją do wozu. Szedłem w tłumie. Położyli na deski. Wóz ruszył. Odprowadziłem wzrokiem aż do zniknięcia na zakręcie drogi.
W parę lat później dowiedziałem się, że kobieta ta wróciła do normalnego stanu, pracowała, rodziła i nie wyróżniała się niczym pomiędzy zdrowymi ludźmi.


Nie chcemy od was uznania...

Wybuchła nagle i niespodziewanie Wojna Narodów, wymodlona przez Mickiewicza. Mędrkujący Polacy zakuli przed laty wieszcza w brąz i, założywszy Mu rękę za pazuchę, każą pilnować własnego portfelu.
Stolica, przejęta swą rolą kibica, zdobywa się jeno na obdarzanie kwiatami strojnych kawalerzystów. Tłumy sołdatów przelewają na zachód na Berlin. Jednak reklamowany „walec rosyjski“ ugrzązł. W knajpach i nocnych lokalach pełno oficerów pijących na umór i szalejących z półświatkiem. W kraju obowiązuje prohibicja. Przez miasto ciągną od czasu do czasu bez liku, bez końca korowody cywilnych wozów z rannymi. Minął rok. Zerwano mosty na Wiśle. Odpłynęli na wschód.
Przez Krakowskie Przedmieście od pałacu Namiestnikowskiego kroczy kilkudziesięciu peowiaków w strzeleckich mundurach, różnorodnie uzbrojonych. Towarzyszy im parę kobiet ochrypłych, usiłujących bezskutecznie okrzykami wywołać wśród przechodniów jakiś oddźwięk. Ulica patrzy lekceważąco jak na pomyleńców i wariatki i milczy zakłopotana.
My, Polacy, kochamy się w błyskotkach i nieobowiązujących frazesach, a szanujemy obcą siłę. Strzelcy nie reprezentowali takich „wartości“. Mieli śmiałość wyjścia po trud, niebezpieczeństwo i odpowiedzialność. Nie lubimy ryzyka i pracy pionierskiej.