Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przed kilkunastu laty ukazały się w pismach niemieckich artykuły, (później się okazało, iż były to płatne reklamy), iż uczony indyjski stwierdził, że słonie mogą żyć po kilkaset lat, gdyż spożywają jakąś cudowną roślinę „lukutate“. Po kilkunastu dniach pojawiły się wielkie ogłoszenia, iż ta i ta firma wyrabia powidła z tej cudownej rośliny, które mają te same właściwości odmładzania i przedłużania życia i sprzedają te powidła po 5 marek za mały słoiczek.
W ciągu kilka lat fabrykant dorobił się wielkiego majątku, a w końcu okazało się, iż sprzedawane za drogie pieniądze powidła są zwykłymi powidłami śliwkowymi z dodatkiem fig i temu podobnych zwykłych owoców, które są może dość smaczne, lecz na pewno życia nikomu nie przedłużają.
Władze nadzorcze Kasy Chorych przez wydanie lekospisu nie miały, ani też nie mają na celu związywania rąk lekarzowi, ani też ograniczania go w cenie względnie doborze lekarstw, lecz jedynie chcą przeciwdziałać możliwym nadużyciom, mogącym powstać przez próby nakłaniania lekarzy do zapisywania reklamowych, a bezwartościowych leków.
Publiczność nie zdaje sobie wcale sprawy z faktu, wiele przemysł farmaceutyczny wytwarza najzupełniej bezwartościowych środków leczniczych, które pod wpływem reklamy zostają wypchnięte na rynek i masowo sprzedawane. Po roku lub dwóch, gdy lekarze, (no i chorzy) przekonają się o bezwartościowości tego preparatu — fabryka zaprzestaje fabrykowania tego przetworu, a za to wypuszcza kilka innych, też nie lepszych, które poparte szeroką reklamą zdobywają na pewien czas rynek, by znowu po roku czy dwóch okazać się małowartościowymi lub mało skutecznymi.
Mam pod ręką wydany przed 20 laty podręcznik nowych środków leczniczych. Na dobry tysiąc umieszczonych tam środków — dziś po kilkunastu latach stosuje się z tych wszystkich może 5%. Reszta — dziewięćset kilkadziesiąt okazała się bezwartościowa i dziś żaden lekarz nie pamięta nawet, że istniały jakieś abrotanole, antimelliny, apyrony, bromblutamy, cancroidy, dymale, eglatole i tak dalej podług alfabetu niekończąca się litania takich cudownych, reklamowanych, nic nie wartych lekarstw.
Byłoby marnotrawieniem grosza publicznego, by zezwalać na bogacenie się aptek przez zapisywanie podobnych lekarstw — podczas gdy istnieją przecież lekarstwa, może nie tak rozreklamowane, ale o wypróbowanej skuteczności, którymi w pierwszym rzędzie leczyć należy członków Ubezpieczalni Społecznych. Na trwonienie czasu i pieniędzy ani instytucja, ani też żaden lekarz pozwalać sobie nie może.
Przypominam sobie doświadczenia pewnego lekarza z okolicy, które poczynił z nowymi lekarstwami. Miał, mianowicie, pacjentkę, chorą na wątrobę, kobietę bardzo zamożną i kapryśną. Ponieważ, jak to zwykle bywa, ludzie zawsze więcej dowierzają lekarzom z większego miasta, przeto