Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


istniały wśród pracowników biurowych lub handlowych. Powiedzmy, że żona młodego książkowego cierpi na dolegliwości kobiece. Książkowy idzie więc do szefa (który ze swej kieszeni płaci za leczenie), prosząc o kwit do lekarza. „Niech pan mi tym głowy nie zawraca, proszę z tym iść do mojej żony“ — brzmi odpowiedź. Wobec tego żona książkowego, czy też adiunkta idzie do pani szefowej. Zaczyna się badanie: „Co drogiej pani brakuje?“. „Bolą mnie krzyże i mam silne krwawienie“. — „Wie pani co, moja znajoma miała te same objawy, brała na to kogutki i było jej po tym lepiej — dam pani 5 kogutków niech je pani spróbuje zażyć na te swe dolegliwości“.
I żona książkowego wraca do domu z kogutkami, otrzymanymi od szefowej w kieszeni. Ale choroba się nie poprawia, więc nasz adiunkt czy książkowy idzie z powrotem do szefa, jednak prosząc o przekaz do lekarza. Odpowiedź będzie brzmiała: „Panie Drapipiórko. Jak pan będzie taki natrętny, to będę musiał wyciągnąć konsekwencje, ci lekarze wyciągają ze mnie ostatnie grosze, przecież pan wie, jakie są ciężkie czasy, i mimo to chce pan mnie narażać na koszta, bo pańską żonę bolą trochę krzyże — ma pan przekaz na jedną wizytę, ale ja to sobie zapamiętam“.
Zapewnić mogę, iż dialogi podobne — które brzmieć mogą wprost jak parodia — nie są wcale tak bardzo odległe od prawdy w stosunku pracowników rolnych do swych pracodawców.
Albo też praktykant w biurze zachoruje na dyskretną chorobę kawalerską. Wobec tego musiałby mieć nielada odwagę, by iść do szefa i powiedzieć: „Panie szefie, proszę o kwit do lekarza, bo byłem u dziewczynki i zdarzył mi się przykry wypadek“. Jeśli by już zdobył się na tyle odwagi — to szef chyba przeżegna się (jeśli będzie katolikiem) i zacznie kazanie na temat upadku moralności w młodym pokoleniu zakończone wzmianką o konieczności zwolnienia podobnie rozpustnego pracownika.
Jeśli szef natomiast będzie członkiem narodu wybranego, to oświadczy cynicznie — „Pan potrzebował mieć przyjemność, a ja mam jeszcze z własnej kieszeni za to płacić... Chyba pan jest meszuge“.
Wobec takich perspektyw, chory na dyskretną chorobę młodzieniec będzie wolał wcale się nie leczyć, niż narażać się na zwolnienie od pracy. Czy chory parobek na majątku może postąpić inaczej? Oczywiście, że nie! I ciekawe, jeśli wmyślimy się w sytuację robotników rolnych i pomyślimy, że sytuację tam wytworzoną przeniesiemy na nasz grunt — grunt inteligencji pracującej — to sytuacja taka wyda się nam wprost niedorzecznym koszmarem — jakimś bijącym w oczy nonsensem.
A jednak nonsens taki toleruje się dla milionowych warstw robotników rolnych, i co gorzej — w byłym zaborze pruskim, gdzie sprawa pomocy leczniczej była już rozwiązana przez powierzanie jej Ubezpieczalniom — wprowadzono na nowo przed kilku laty takie koszmarne stosunki, w których otrzymanie pomocy lekarskiej uzależnionym jest od spowiedzi przed dziedzicem, czy też dziedziczką, a poza tym przez uzyskanie tej pomocy