Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ny, „szary“ obowiązek lekarza — kilka słów uświadamiających, kilka zaleceń niezbędnych — a jednak zdawało mi się, że w tym wielkim, nieprzebranym szczęściu matki mam także prawo uczestniczyć, bo i ja przyczyniłem się, choć w skromnej mierze, do tej wielkiej radości życia — do niewysłowionego szczęścia matki chowającej swe dziecko na zdrowego, dzielnego człowieka.




Byłem dziś wezwany do St...... Źle z nim. Biedny człowiek!
Dziś znowu odwiedziłem St. Piękny majowy dzień, prawdziwa wiosna. St. leży w obszernym, jasnym pokoju, w swym własnym, estetycznie zbudowanym domku, lekki, rozkoszny wietrzyk majowy wpada przez otwarte okno. Bez w starannie pielęgnowanym ogródku zaczyna już kwitnąć — dolatuje śpiew ptaków — a chory, blady jak chusta, z odcieniem sinawym dookoła warg, leży nieruchomo, z szeroko rozwartymi oczyma i rozmyśla.
Może przypomina sobie, ile trudu włożył, ile lat pracy kosztowało go wystawienie swojej „chałupy“. Jak musiał zaciskać pasa, oszczędzać na najniezbędniejszym, by dojść po latach do swego „dachu nad głową“ — a teraz, właśnie teraz, gdy osiągnął już swój cel, gdy życie we własnym domku mogło by być lżejsze i piękniejsze, musi zostawić wszystko i odejść tam, skąd nie ma już powrotu.
St. jest za mądry i za inteligentny — tą prawdziwą, wrodzoną inteligencją — by nie zdawać sobie sprawy ze swego stanu. Wyprowadzić w pole chorego, zwłaszcza ciężko chorego, zastrzyknąć mu odpowiednią dawkę optymizmu, by łatwiej zniósł swój beznadziejny stan, jest czasami nawet bardzo łatwo. Ale ze St..... trzeba inaczej, jego nie tak łatwo „nabrać“.
Popatrzy się na ciebie swym poważnym wzrokiem, drążącym jakby w głąb duszy, a człowiekowi robi się wstyd, jakby popełnił wielkie przestępstwo.
A może instynkt życia jest silniejszy nawet od najsilniejszego człowieka, może i on chwyci się zbawczej nadziei wyzdrowienia, gdy mu się ją w ostrożny i delikatny sposób podsunie.
— Jakże tam, panie St. z pańskim reumatyzmem — pytam możliwie pogodnym, prawie wesołym głosem, jakby dostrojonym do dzisiejszego przepięknego dnia majowego — czy bóle już trochę ustąpiły? Bo na ogół wygląda pan dzisiaj lepiej, nawet znacznie lepiej — blaguję zawzięcie.
Naturalnie, nie chodzi tu o żaden reumatyzm. St. cierpi na gruźlicę i to w ostatnim stadium. Dołączyło się do tego osłabienia krążenia i zmiany stawowe.
Gdy wezwany do niego ostatnim razem stwierdzałem tę komplikację, musiałem użyć całej mej przytomności umysłu, by nie zdradzić się z tym rozpoznaniem. W ostatniej chwili wpadłem na pomysł „reumatyzmu“ i gdy