Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


roby nie istnieją? Bo chłop innych rozpoznań nie uznaje. A lekarz, który zwalcza przesądy, traci zaufanie chorych, traci praktykę.
Gdy skierowuje do szpitala, też nic nie wart. Powinien sam ślepą kiszkę wyleczyć. Dostał przecie 3 zł.
Daj Boże zdrowie Panu St. i wszystkim ubezpieczonym. Niech mu się więcej atak nie powtórzy. Bo gdyby mu się powtórzył, pan St. drugi raz do szpitala nie pojedzie. Po co ma jechać? Jeszcze by go zoperowali. Jest oberwany, baba go wysmaruje. A jeżeli go wysmaruje na drugi świat, będzie winna nie baba, nie lekarz za 3 zł, tylko Ubezpieczalnia.


Praxis aurea.

Z samej Ubezpieczalni lekarz nie wyżyje. Więc chętnie widzi pacjentów prywatnych. Każda wizyta prywatnego pacjenta, to teoretycznie 4 zł. Poznaliśmy teorię, poznajmy praktykę.
Przynosi matka kilkuletnie dziecko późno w nocy. Przez podwójne drzwi słychać świszczący oddech. Dziecko się dusi. Służąca rozpoznaje: dyfteria, krup. Wie, że należy mnie obudzić, że nie wolno powiedzieć „pani nie ma w domu“. Bo jeżeli dziecko teraz nie otrzyma surowicy, to za kilka, lub kilkanaście godzin umrze. W tym stanie przynosi się zwykle dzieci. Oczywiście dzieci nieubezpieczone. Bo każdemu żal pieniędzy. Może choroba sama przejdzie, pieniądze zostaną. A choroba trwa zwykle trzy dni. Chodzi dziecko, bawi się i tylko trochę sucho kaszle. Czasem, krew z nosa się leje. A potem głos się zmienia, jest chrypka. Na trzeci dzień zaczyna się dziecko dusić.
W ten trzeci dzień przynosi matka dziecko do lekarza. W węzełku ma 5 zł. Rzadko więcej. Prywatna pacjentka. A dziecku trzeba wstrzyknąć surowicy najmniej za 20 zł. Kobieta kupuje surowicy za 5 zł. Za 15 zł musi dostać z innego źródła. Mam dwa takie źródła do dyspozycji; moją prywatną kieszeń i apteczkę dla ubezpieczonych. Z apteczki Ubezpieczalni pożyczę i wstrzyknę dziecku dożylnie. Z własnej kieszeni oddam. Bo matka surowicy nie odkupi.
Raz tylko nie pożyczałam surowicy. Ludzie zamożni. Mieszkają niedaleko. Choćby pieniędzy nie mieli przy sobie, mogą przynieść. A dziecko półtoraroczne. To jedno mają. 10 lat po ślubie dzieci nie było, wreszcie doczekali się. Nie wiedzą, co by temu dziecku dali, tak je lubią. Ale za 20 zł lekarstwa nie kupią. A jak nie pomoże — i dziecko i tak umrze? Apteka pieniędzy nie zwróci. Do szpitala też nie pojadą, żeby doktorzy dziecku rurkę do krtani założyli. To by jeszcze więcej kosztowało. „Jak Pan Bóg da, to dziecko żyło będzie — a jak nie da, to umrze“.
I tak życie i śmierć od Pana Boga zależą. Po co się doktór w to wtrąca i jeszcze płacić sobie każe.