Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rej stałam, dożywiać dzieci szkolne. Ileż to wtedy dzieci przychodziło z domu do szkoły bez śniadania! Któż lepiej ode mnie znał te blade twarzyczki, te smutne oczka głodnych dzieci? — Rozmawiałam o tej sprawie z panem ministrem opieki społecznej w Warszawie. W rezultacie Wydział Opieki Społecznej Województwa Poznańskiego dostał specjalny fundusz z Ministerstwa na dożywianie dzieci w Poznaniu. Mogłam nie raz, jadąc lub wracając od chorych, wstąpić po drodze do takiej szkoły, gdzie zorganizowane było wydawanie obiadów i popatrzeć się na kruszyny wcinające pajdy chleba z zupą i jarzyną. Jest to jedno z niewielu miłych wspomnień, jakie mnie łączą z okresem mego pobytu w Poznaniu.


Lekarz a komornik.

W roku 1935 warunki rodzinne i materialne układały mi się okropnie. Po przeprowadzeniu ustawy scaleniowej, zlikwidowano pomoc lekarska dla robotników rolnych. Przez to straciłam dochód w postaci wynagrodzenia za ich leczenie. Ponadto dochody moje w Kasie Chorych miasta Poznania również znacznie zmalały. Musiałam jako lekarz domowy utrzymywać mieszkanie pięciopokojowe, telefon, służbę. Ekwiwalent za moją pracę był zależny od „przypisu“. Znaczy to, że istniała taka umowa Związku Lekarzy z Ubezpieczalnią Społeczną, że lekarze otrzymywali tylko określony procent od przypisu składek. Stanowiło to, zdaje się, 13 — 14% ogólnego wpływu Kasy Chorych. Były miesiące, kiedy ściągnięto mało składek lub też gorzej je wpłacano. Wtedy lekarze otrzymywali b. małe wynagrodzenie. Stałe wynagrodzenie nie istniało. Jak w tych warunkach ułożyć budżet domowy? Ponadto spadek moich zarobków do jednej trzeciej był tak szybki, że nie mogłam nadążyć z odpowiednim kurczeniem warunków życia, przystosowanych do innej skali zarobkowej, nie mając przy tym żadnego dodatkowego zajęcia. Mieszkałam w eleganckiej dzielnicy Poznania. Tymczasem nagły spadek dochodów wskazywał na redukcję tego właśnie wydatku o 100%. Należało myśleć o przeprowadzce do uboższej dzielnicy, o wynajęciu conajwyżej 3 pokoi. Ale i przeprowadzka jest rzeczą kosztowną. Wtedy właśnie wypłynęła największa zmora — urząd podatkowy! Ponieważ lekarze nie byli na stałych posadach, więc podatek wpłacaliśmy bezpośrednio do urzędów skarbowych. Płaciłam podatek dochodowy, obrotowy (od czego?), podatek dochodowy miejski, który stanowi 4% dochodu, następnie podatek od lokali i podatek kościelny.
Podatek dochodowy miejski jest znany tylko w b. zaborze pruskim i jest niezmiernie uciążliwy. Podatek od lokali był też niepomiernie wysoki, gdyż chociaż właściciele domów odnajmowali luksusowe lokale po cenach b. niskich, np. 5 pokoi komfortowych — 150 zł miesięcznie, to jednak podatek ten płaciło się według przedwojennego oszacowania mieszkania. Płaciłam podatek od lokali w wysokości 40 zł miesięcznie.