Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyzwyczajenie wnet bywa rozdęte do rozmiarów — góry!
Lubię ciepłą wannę — daje mi taką, że wyskakuję z niej czerwony jak indjanin. Dawniej zawsze odmawiałem włożenia ciepłego palta — bowiem wolałem spacerować w jesionce. Teraz, nietylko że nikt mi nie oponuje, lecz nawet niekiedy w zimie dostaję letnie!
— Jaka dziś pogoda? — pytam żonę.
— Ciepło, kochanie... Jeśli chcesz — to możesz iść bez palta.
— Dziękuję. Ale co to — takie białe z nieba spada? Czyżby śnieg?..
— Tak, to śnieg! Ale on zupełnie ciepły.


∗             ∗

Razu pewnego wypiłem szklankę piwa i zakasłałem.
— Piersi mię bolą, — rzekłem.
— Spróbuj wypalić cygaro, — łagodnie, głaszcząc mnie po ramieniu, rzekła żona, — może przejdzie...
Zalałem się łzami wdzięczności i padłem jej w objęcia.
O, jakże błogo na kochającej piersi...
Żeńcie się, panowie, żeńcie!



57