Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ną wdową na tym padole płaczu... Przesiądź się na to miejsce!
— Dlaczego?
— Tam okno otwarte. Przeciąg może cię zawiać!
— O, ja uważam przeciągi za przesąd!
— Nie mów tak.., Lękam się o ciebie śmiertelnie!
— Dziękuję ci, szczęście moje. Daj mi jeszcze kawałek ciasta...
— Ani kaweczka! Niech ci się ani śni. Potrawy mączne powodują otyłość, a to strasznie odbija się na zdrowiu. Cóżbym poczęła bez ciebie?
Wyjąłem papierosa.
— Rzuć papierosa! Rzuć natychmiast! Czy już zapomniałeś, że masz płuca zajęte?
— Ależ co znowu, jeden papieros...
— Ani jednego! A ty dokąd idziesz? Na spacer? O, nie łaskawy panie! Racz pan włożyć jesionkę... W letnim palcie nie waż się pan...
Zalałem się łzami i począłem okrywać jej ręce pocałunkami.
— Droga! Tyś — Mont Blanc dobroci!!
Zaśmiała się wstydliwie:
— Głuptasku... Tak zaraz Mont Blanc! Wiecznie przesadzasz...
Nieraz zadawałem sobie pytanie:
— Czem i kiedy się jej odwdzięczę!
W jaki sposób udowodnię jej, że w mej piersi żywię serce, istotnie rozumiejące dobroć i głębokie uczucie ludz-

54