Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zauważą ją — nie daj Boże — upilnują cię na ulicy, wyrwą szpilkę, a ciebie zabiją!
— Cóż więc mam... z nią zrobić? — wyszeptałem bezradny.
— Już wiem co! — srebrnym głosikiem zaśmiała się radośnie żonuśka. — Oddam ją do przerobienia na broszkę. Przy mojej niebieskiej sukni będzie mi z nią bardzo do twarzy.
Zadrżałem z przerażenia.
— Kochanie! Ale przecież oni i ciebie mogą zabić.
Twarz jej pałała stanowczością:
— A niech tam! Abyś ty tylko żył, mój jedyny, mój najdroższy!.. A ja — niech tam! Moje zdrowie i tak już siabe... kaszlę...
Zalany łzami padłem jej w ramiona.
— Nie minęły jeszcze czasy męczennic chrześcijańskich, — pomyślałem sobie.
I tak na każdym kroku miałem dowody jej troski o mnie.
Tkwiła ta troska w każdej drobnostce. Wszelka drobnostka nasycona została czułą myślą o mnie; we wszystkiem i wszędzie górowała jej myśl — aby mi sprawić jakąś niewinną uciechę, przyjemność...
Razu pewnego wszedłem do jej sypialni. Pierwszem co padło mi w oczy — był to męski cylinder.
— Patrzcie-no, — zdziwiłem się. — A czyjże to cylinder?

52