Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po długiem wahaniu się, gdy już uprzykrzyło się jej spacerować bez celu i siedzieć i myśleć, Wanda postanowiła chwycić się ostatniego środka. Udać się do którego z dawnych znajomych wprost do mieszkania i prosić o pożyczkę.
Do kogo by tu pójść? — medytowała. Do Mikusia nie podobna, ożenił się... ten rudy — też teraz w biurze... Przypomniała sobie dentystę Finkla, wychrztę, który kilka miesięcy temu ofiarował jej w prezencie bransoletkę, a któremu kiedyś podczas szampańskiej kolacji w klubie niemieckim wylała na głowę szklankę wina. Już sama myśl o Finklu wprawiła ją w złoty humor.
— Ten mi napewno pożyczy, byle go tylko j w domu zastać... — myślała, zbliżając się do mieszkania dentysty — a nie da, to mu wszystkie lustra w mieszkaniu potłukę!..
Podchodząc do drzwi mieszkania dentysty, miała już gotowy plan: wpadnie ze śmiechem wprost ze schodów do gabinetu i zażąda 25 rubli... Ale gdy dotknęła palcem dzwonka, plan ten jakoś sam przez się wypadł z głowy...
Wanda nagle stchórzyła, zawahała się, co naogół rzadko się jej zdarzało.
Przyzwyczajona do pijackich kompanji, odznaczała się śmiałością i czelnością, teraz jednak, ubrana w lichą suknię, znalazłszy się w roli zwykłej petentki, która może być nieprzyjętą, poczuła się nieśmiałą, uniżoną.
Ogarnął ją wstyd i lęk.

42