Strona:PL Zygmunt Krasiński - Pisma T3.djvu/323

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Joanna i karzeł postępowali w milczeniu, ale na ich twarzach malowała się straszliwa bojaźń cierpień przyszłego żywota i godnych zbrodni swojej udręczeń.
Zawarto bramy zamku, podłożone ognie dokoła gmach ogarnęły, i płomień wzbił się do góry.
Lecz nim ofiary uległy swemu przeznaczeniu, jeszcze raz Jordan uściskał Zbisławę: Musimy umrzeć — dodając z wzruszeniem, nie bez stałości przecież, — ale duchy nasze złączą się w Niebie, a tam żadna przemoc ziemska rozdzielić nas nie potrafi! Żegnam cię, o luba! niedługo obaczymy się znowu! uściskała go nawzajem Zbisława, chciała także coś wyrzec, ale żołnierze rozstać się im kazali.
Gonda przywiązany do słupa z dzikością poglądał na Joannę z Gozdawy, a gdy już ogień przedsionki obejmować zaczął: ha! ha! — zawołał piekielnym głosem — jak się świetnie pani moja w płomieniach wydaje. Na szatana! płeć jej od lilii bielsza! szkoda, że ją dym okopci!... krwi trochę! krwi trochę!... Te były ostatnie jego słowa. Już wszyscy stali się pastwą płomieni.
Gdy ta okropna scena w zamku się odbywała, Masław, Handza z Budyszyna i inni rycerze, stojąc u stóp wzgórza Gozdawskiego, przypatrywali się ogniowi. Aż nareszcie, gdy ogień przygasł: Przez pioruny i piekła — zawołał Masław, — czasby się przespać, jużeśmy długo biesiadowali, a dobre miała wino Joanna... i to mówiąc, spiął konia ostrogą i pojechał gościńcem ku wiosce prowadzącym — a za nim rycerze.