Strona:PL Zygmunt Krasiński - Pisma T3.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nadto krew lubi i kto wie, czyby kiedy nie zażądała i mojej...
— Kto?... ja! ja mam byc twoją! — wolała przerywałam głosem Zbisława — nie!... nie!... ja pogardzam tobą! ja brzydzę się tobą!... precz!... precz odemnie.
— A więc dobrze! nikogo przymuszać nie lubię. Rycerze! żołnierze! nasz to jest zamek, rabunek i łupież dozwolona, pamiętać przecież, że mi jedna część należy jako wodzowi, druga jako księciu, trzecia jako waszemu panu i dobroczyńcy, a czwarta... czwartą wam daruję!
W mgnieniu oka zdarto kosztowne obicia i osłony okrywające komnaty; pozabierano drogie kobierce, naczynia, statki, pieniądze, klejnoty i wszystko, co było w Gozdawskich murach.
— Teraz — rzekł Masław — przywiązać przed przysionkiem do owych kamiennych słupów wszechwładną panią Gozdawy, tego rycerza, tę dziewicę, ha! i tego karła także, bo któżby usługiwał Joannie w podróży, w którą ją wysyłamy. Hej dzieci! żwawiej do łuczywa i pochodni! niech wszystko ogień ogarnie! tylkoż prędzej, prędzej! nie tak opieszale, bo i czwartą część zabiorę!...
— A teraz, Handzo z Budyszyna, i wy panowie — rzekł, obracając się do przybocznych wojowników — na konie! i za mną! Staniemy zdaleka, albo też lepiej zblizka, bobyśmy ich krzyków nie słyszeli.
Jordan nie utracił odwagi i szedł na śmierć z taką śmiałością, z jaką przed niedawnemi jeszcze czasy spotykał nieprzyjaciela. Bezbronny, otoczony siepaczami, prowadząc za rękę Zbisławę, zbliżał się do przeznaczonego sobie miejsca, kiedy książę siadał na konia, a uściskawszy czule kochankę: Masławie! — zawołał — przyjdzie czas i dla ciebie, i choć zapóźno, pożałujesz okrucieństw twoich!