Strona:PL Zola - Nantas.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wego ogrodu, Sekwanę, quai, cały skrawek prawego brzegu rzeki, zawalony domami, które piętrzyły się i zlewały z sobą, aż do dalekich planów Père-Lachaise.
Rewolwer spoczywał na kulawym stole w odległości ręki. Teraz nie potrzebował się już spieszyć, był pewny, że nikt nie przyjdzie i że się zabije bez przeszkody. Pomyślał, że jest znowu w tem samem co przed laty miejscu, doprowadzony do tejże samej co wtenczas ostateczności, z tem samem postanowieniem śmierci w duszy. Raz już, w tym pokoiku, chciał sobie głowę roztrzaskać, za biedny wówczas na kupno pistoletu, mogąc rachować tylko na kamienie ulicznego bruku, ale i te obiecywały śmierć pewną. A zatem w ludzkiej egzystencyi śmierć tylko jedna nie zawodzi, ona tylko jest pewną zawsze i zawsze na zawołanie. Nie znał po za nią nic niezawodnego, wszystko, do czegokolwiek dążył, okazywało się zawsze złudzeniem, śmierć tylko sama pozostała niezawodną ucieczką. I pożałował niepotrzebnie przeżytych lat dziesięciu. Doświadczenie życiowe, zdobyte wzniesieniem się na wyżyny majątku i władzy wydało mu się dzieciństwem. I po co tyle wyszafowanej woli, tyle zużytych sił, skoro wola i siła nie stanowiły bezwarunkowo wszystkiego i skoro dosyć jest jednej namiętności, aby je w niwecz obrócić. Dał się jak głupiec opanować miłości ku Flawii i oto wznoszony z takim nakładem pracy gmach jego życia począł trzeszczeć,