Strona:PL Zola - Nantas.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z sekretarzem odbył dłuższą konferencyę; polecił mu odnieść projekt natychmiast do Tuilleryów i udzielić cesarzowi wyjaśnień, jeźliby podniósł nowe zarzuty. Zdawało mu się, że zrobił już wszystko, co do niego należało. Zostawi wszystko w porządku, nie odejdzie jak bankrut, przyprawiony o obłęd rozpaczą. Koniec końców należał przecież do siebie, miał prawo sobą rozporządzać, bez obawy oskarżeń o egoizm lub tchórzostwo.
Wybiła godzina dziewiąta. Czas już. W chwili jednak, gdy, wziąwszy z sobą rewolwer, wychodził z gabinetu, musiał jeszcze wypić ostatnią kroplę goryczy. Panna Chuin przyszła przypomnieć mu się o obiecane dziesięć tysięcy franków. Zapłacił jej, tolerując przytem z musu jej poufałości. Przybrawszy ton macierzyński, poczęła do niego przemawiać trochę jak do ucznia, co dobrze zdał lekcyę. Gdyby w nim była jeszcze bodaj odrobina wahania, to wspólnictwo haniebne wystarczyłoby, aby go zdecydować do samobójstwa. Wbiegł szybko na swe poddasze, zostawiając przez pośpiech klucz w zamku.
Nic się tam od lat tylu nie zmieniło. Tapety po dawnemu były podarte, łóżko, stół, krzesła, stały w tych samych miejscach co dawniej, wśród dawnego zapachu nędzy. Oddychał chwilę tem powietrzem, które mu przypominało walki, staczane przed laty. Potem poszedł do okna i ujrzał ten sam, co niegdyś, wycinek Paryża, drzewa pałaco-