Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdyby mleczna; słońce, które powoli wznosiło się w górę, oświecało ją. Pod tą ruchomą zasłoną z muślinu, trudno było dopatrzyć Paryża. W miejscach wklęsłych zgęszczony ten obłok zabarwiał się odcieniem niebieskawym; na większych obszarach przerzedzał się i zamieniał w delikatny, złocisty kurz, pod którym można się było domyśleć zagłębienia ulic. A powyżej, kopuły i szczyty wież, rozdzierały obłok i wybiegały w górę, unosząc nad sobą kawały mgły, którą przedziurawiły. Chwilami kłęby żółtego dymu, oderwane ciężkiem uderzeniem skrzydeł olbrzymiego ptaka, unosiły się w powietrzu i po chwili znikały — powietrze połknęło je. A ponad tym ogromem, po nad tym obłokiem, co zawisł nad Paryżem i usnął, niebo czyste, blado niebieskie, prawie białe, rozciągało bezdenne sklepienie swoje. Słońce podnosiło się coraz wyżej wśród złocistej kurzawy promieni swoich.
Światło bladawe, łagodne, tą nieokreśloną łagodnością dzieciństwa, zalewało przestrzeń i napełniało ją swem ciepłem drganiem. Uroczyste święto, najwyższy spokój i jakaś rzewna wesołość panowała w krainie nieskończoności, podczas kiedy miasto, najeżone złocistemi wieżyczkami, leniwe i senne, wzdrygało się ukazać z pod koronkowej zasłony swej.
Od ośmiu dni, jedyną rozrywkę Heleny stanowił ów olbrzymi widok Paryża. Nie mogła się nim nasycić. Niezgłębiony i zmienny jak ocean, rano łagodny, potulny, wieczorem namiętny, zapalony, podzielał wesele i smutek niebios, które się w nim odbijały. Słońce rzuciło mu jeden snop promieni swych — on potoczył fale złota; chmura zawisła nad nim — zasępił się także i zawrzał burzą. A wciąż się zmieniał: były tam cisze zupełne, jak na morzu, były wichry, co ponad głową jego zasuwały dach ciemny chmur ołowianych; były dni jasne, wesołe, co na szczycie każdego dachu zapalały światełko; były ulewy, w których niebo i ziemia tonęły i widnokrąg znikał wśród tego haosu. Helena