Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wem znamieniem. W to miejsce, wiedziała to dobrze, Henryk ucałował był dziecię.
Słoneczna tarcza dotykała już ciemnej linji wzgórz Meudon, ukośne promienie dosięgały jeszcze Paryża. Cień kopuły Inwalidów, ogromnie urósłszy, zasłaniał cały cyrkuł Saint-Germain. Opera, wieża świętego Jakóba, kolumny szczyty wież, porysowały brzeg prawy w czarne pręgi. Linie frontowe, wgłębienia ulic, wyniosłe wysepki dachów paliły się przytłumionym ogniem. Szyby pociemniały, iskry gasły, jak gdyby z domów pozostał tylko żar. Odgłos dalekich dzwonów rozlegał się w powietrzu, wrzawa powstawała i konała. Przy zbliżającym się wieczorze ponad pałającem miastem niebo zaokrąglało swe fioletowe sklepienie, pręgowane złotem i purpurę. Nagle straszliwy pożar wybuchł na nowo; Paryż wystrzelił ostatnim płomieniem, który oświecał najdalsze przedmieścia nawet. Potem szary popiół opadł, cyrkuły stały nieruchome, lekkie i czarne jak wygasłe węgle.