Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

drobiazg mrze w domu po wszystkich piętrach jak muchy, tak tam niezdrowo.
Po ulicach zaczyna się wyrębywanie lodu. Ojcu udało się znaleźć zarobek przy tej pracy. Od rana do wieczora oczyszcza kilofem zamarznięte rynsztoki, aby przynieść do domu o zmierzchu 40 sous. Nim się sezon budowlany rozpocznie, zawsze jest chociaż o czem z głodu nie zdechnąć.
Jednego dnia wszakże, wracając z roboty, zastaje ojciec Karolka w łóżku. Matka nie pojmuje, co dziecku się stało. Posłała go do Courcelles, do ciotki, która jest tandeciarką, czyby się tam dla niego nie znalazła trochę cieplejsza kurtka od tej płóciennej bluzy, w której chłopiec zębami dzwoni z zimna. Ciotka jednakże miała na razie same tylko stare palta męzkie, za przestrone dla malca, który też wrócił z niczem, cały drżący, z miną, jakby był pijany. W tej chwili leży na poduszce z zaognioną twarzą, plecie głupstwa, zdaje mu się, że gra w bilard i pośpiewuje.
Matka powiesiła na oknie strzępy starego szala, aby przysłonić wybitą szybę. Wskutek tego dwie tylko górne szybki przepuszczają nieco blasku szarych niebios. Nędza wypróżniła do dna komodę, wszystka bielizna znajduje się w zastawie. Pewnego wieczora sprzedali nawet stół i dwa krzesła. Karolek sypiał na ziemi zazwyczaj. Odkąd jest chory wszakże, umieszczono go w łóżku, ale