Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

i tutaj zażywa wygód nieświetnych, bo prawie wszystko włósie z materaca, garść po garści, w miarę jak głód doskwierał, wyniesiono na tandetę dla tych paru groszy, jakie za każdym razem można było w ten sposób uzyskać. Obecnie rodzice sypiają w kącie izby na słomianym barłogu, któregoby i pies nie chciał.
Przypatrują się teraz oboje, jak dzieciak przewraca się niespokojnie po łóżku. Co się malcowi mogło u licha stać, że tak plecie od rzeczy?!... Musiało go chyba co ukąsić, albo się napił czego niezdrowego. Przybyła w odwiedziny sąsiadka, pani Bonnet, obwąchawszy dziecko, powiada, że to jest febra. Zna się ona na tem wybornie, ponieważ straciła męża przez tę samą chorobę.
Usłyszawszy to, matka wybucha płaczem, przytulając do piersi Karolka. Ojciec stracił zupełnie głowę, pędzi po lekarza. Sprowadził niebawem doktora z ogromnie pańską miną i przesadnem obejściem, który słucha, przyłożywszy dziecku do pleców ucho, i opukuje mu piersi w milczeniu. Pani Bonnet biegnie tymczasem do siebie po ołówek i papier, aby było czem napisać receptę. W chwili gdy lekarz zabierał się do wyjścia, milcząc niewzruszenie, matka zapytuje go zdławionym głosem:
— Cóż jemu jest, proszę pana konsyliarza?
— Pleuritis — odparł krótko bez wszelkich wyjaśnień. Poczem dodał: