Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Po drodze sąsiedzi, na widok pogrzebu, żegnają się krzyżem, szepcąc: to żona kupca papierowego, prawda?... ta mała, żółta jak wosk kobiecina, na której nie było nic więcej nad skórę i kości?... At! lepiej jej będzie w ziemi. Oto i los nasz, kupców zamożnych, pracujących całe życie, by użyć trochę świata na starość!.. Użyjeż teraz, użyje! biedna pani Rousseau. Pan Rousseau, kroczący za zwłokami z odkrytą głową, sam jeden, wybladły, z rzadkim włosem, powiewającym na wietrze, wywiera na wszystkich dodatnie wrażenie.
Księża uwinęli się w kościele w kilka minut z ceremonią. Agata, siedząca w pierwszej ławce, ma taką minę, jakby rachowała płonące świece. Myśli z pewnością, że szwagier mógł śmiało załatwić to wszystko z trochę mniejszą paradą; bo jeśli nie ma testamentu i ona dziedziczy połowę majątku, część kosztów pogrzebu spadnie tem samem na nią. Księża kończą ostatnią modlitwę, kropidło krąży, orszak opuszcza kościół. Na cmentarz udają się prawie wszyscy obecni. Do trzech żałobnych pojazdów powsiadały damy, biorące udział w pogrzebie. Za karawanem postępuje pan Rousseau, zawsze z odkrytą głową, i ze trzydzieści osób, sami dobrzy znajomi. Całą ozdobę karawanu stanowi czarna draperya, oszyta srebrną frendzlą. Przechodnie uchylają przed ciałem szybko kapeluszy, nie zatrzymując się.
Ponieważ pan Rousseau nie posiada rodzin-