Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o cnotach osobistych, jakiemi jaśniało prywatne życie zmarłego a które wszyscy szczerze będą opłakiwać. Jakiś nieznajomy zabrał głos w charakterze delegata „Towarzystwa przemysłowego“, którego ś. p. hrabia de Verteuil był członkiem honorowym. Nakoniec mały człeczyna o chmurnem wejrzeniu dał wyraz żalowi w imieniu „Akademii umiejętności moralnych i politycznych.“
Wśród tego uczestnicy pogrzebu przyglądali się sąsiednim grobowcom, odczytując napisy na marmurowych tablicach. Nieliczni słuchacze przemówień ledwie byli w stanie chwytać uchem oderwane wyrazy. Jakiś starzec z zaciśniętemi ustami, pochwyciwszy urywek frazesu: „... przymioty serca, szlachetność i dobroć wielkich charakterów“ podrzucił brodę i mruknął:
— No, no!... już ja go znałem dobrze!... To był skończony pies!
Dźwięki ostatniego pożegnania rozległy się w powietrzu. Skoro tylko księża pobłogosławili ciało, orszak oddalił się i tylko grabarze, spuszczający w głąb grobu trumnę, pozostali sami jedni w tym odległym zakątku. Sznury wydają głuchy odgłos tarcia, dębowa trumna trzeszczy. Jaśnie wielmożny hrabia de Verteuil znajduje się wreszcie w miejscu swego wiecznego spoczynku.
Hrabina zaś leży w tym samym czasie nieporuszona na miękkim szezlongu, bawiąc się ciągle jedwabnym kwastem szlafroczka i błądzi oczyma