Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wiasz mi przykrość, a to zepsuje mi nieodwołalnie resztę dnia.
Na śniadanie złożyły się jaja na mięko, kotlety i krem. Nastało zatem milczenie, podczas którego Klotylda mimo swe dąsy jadła sporo i ochoczo, ponieważ miała zazwyczaj dobry apetyt, z jakim nigdy się nie kryła, wbrew źle zrozumianej kokieteryi innych kobiet.
Pod koniec śniadania doktór zauważył z uśmiechem:
— Jedna rzecz mię w tem wszystkiem pociesza; oto masz żołądek w porządku... Martyno, podaj panience chleba.
Służąca według stale przyjętego zwyczaju obsługiwała ich podczas jedzenia i przysłuchiwała się rozmowie ze zwykłą sobie, spokojną poufałością. Często nawet sama wtrącała się do rozmowy.
— Proszę pana — odezwała się, ukrajawszy chleba — rzeźnik przyniósł rachunek; czy mam mu zapłacić?
Doktór podniósł głowę i patrzył na nią ze zdziwieniem.
— Dlaczego się mnie pytasz o to? Zawsze przecież płacisz, wcale się do mnie nie odnosząc.
W rzeczywistości bowiem Martyna miała kasę u siebie. Kapitał, złożony u pana Grandguillott’a, notaryusza w Plassans, przynosił okrągłą sumę sześciu tysięcy franków rocznego dochodu. Co kwartał doktór dawał służącej tysiąc pięćset franków; ona tedy wybornie zarządzała całem gospodarstwem, kupowała i płaciła wszystkie sprawunki z niesłychanie ścisłą oszczędnością,