Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

lami malowane, powiązane z gwoździków, hyacyntów, róż i fijołków.
Doktór Pascal wszedł promieniejący i wesoły.
— Ach! tam do licha, zapomniałem o wszystkiem, chciałem dokończyć roboty... Patrzcie, jaki tym razem mój płyn jest świeży i czysty! bardzo czysty. No, będziemy teraz robili cuda!
I pokazał flaszeczkę, którą, porwany zapałem, troskliwie, zabrał ze sobą na dół. W tej chwili przecież spostrzegł, że Klotylda milczy, wciąż poważna i smutna.
Zbyt długie oczekiwanie na doktora wskrzesiło w niej cały gniew poprzedni; to też, mimo, że rankiem pragnęła rzucić się na jego szyję, teraz siedziała nieruchoma, niby to nie zwracając na niego uwagi i bocząc się z chłodem widocznym.
— Dobrze — podjął, ani na chwilę nie tracąc dobrego humoru — jeszcze się dąsamy. O, to brzydko, bardzo brzydko!.. Nie chcesz zatem podziwiać mojego czarodziejskiego likieru, który wskrzesza umarłych?
Usiadł przy stole, a wówczas Klotylda, obróciwszy się ku niemu, postanowiła odpowiedzieć.
— Wiesz doskonale, mistrzu, jak podziwiam i ciebie i twoje prace. Pragnę przecież niepodzielnie, by również inni zechcieli cię podziwiać. Tymczasem owa śmierć tego biednego Boutina...
— Och! — zakrzyczał, nie pozwalając jej dokończyć — przecież to był epileptyk, który skonał podczas swojego zwykłego ataku... Wiesz co? Lepiej nie mówmy o tem wszystkiem, skoro jesteś w złym humorze: spra-