Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/484

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    uniesienie, zakłócające ów mózg niegdyś tak jasny ostrzegało go o zbliżaniu się nagłem, a tajemniczem rychłego niebezpieczeństwa.
    — Czy pan chcesz, abym wysłał ową depeszę natychmiast?
    — Tak, tak, idź, mój dobry Ramondzie, jak naj prędzej, a oczekuję cię pojutrze. Ona już tu będzie, chcę zatem, abyś przyszedł uściskać nas oboje.
    Dzień ciągnął się niemożliwie długo.
    A nocy tej, gdy Pascal wreszcie zdołał około godziny czwartej zasnąć po długiem, a szczęśliwem czuwaniu, pełnem nadziei i marzeń, nagle przebudził go gwałtowny i straszny atak.
    Zdawało mu się, że jakiś ciężar niezmierny, cały dom zwalił się na jego pierś, do tego stopnia, że jama piersiowa, spłaszczona, dotykała grzbietu; i już niemal nie mógł oddychać, ból zaś ogarniał łopatki i szyję, a nawet sparaliżował lewą rękę. Po za tem nie utracił ani szczypty świadomości, doznawał jedynie wrażenia, jak gdyby serce jego się zatrzymało, życie zaś miało lada chwila zagasnąć w tym strasznym uścisku kleszczy, które go wręcz dusiły.
    Ale zanim choroba doszła do najwyższego stopnia zaostrzenia, zdobył się na wysiłek straszny, by powstać i celem przywołania Martyny uderzyć laską w podłogę.
    Potem znowu upadł z powrotem na łóżko, oblany potem zimnym, i już nie mogąc ani oddychać, ani mówić.
    Martyna na szczęście usłyszała, gdyż w domu pustym panowała głucha stale cisza.