Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/482

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Mój Boże, o godzinie piątej, jutro!.. Jak to jeszcze daleko! co się może stać ze mną do tego czasu?
Potem owładnięty jakąś myślą wyłączną, zachmurzył się nieco:
— Ramoud, mój towarzyszu drogi, czy nie zechciałbyś na dowód życzliwości być ze mną zupełnie szczerym?
— Jakto, mistrzu?
— Tak, zrozumiesz mię zaraz... Onego czasu badałeś mię. Jak sądzisz zatem, czy pożyję jeszcze choćby rok?
I patrzył, mówiąc te słowa, Ramondowi prosto w oczy, a nadto nie pozwolił mu odwrócić oczu. Ten jednak usiłował wywinąć się od odpowiedzi żartami: czyż jest lekarzem ten, kto zadaje pytania podobne?
— Proszę cię, Ramond, bądźmy poważni.
Wówczas Ramond zupełnie szczerze odrzekł, iż według niego Pascal śmiało może mieć nadzieję, że rok jeszcze pożyje. Wyłuszczył nawet powody, względnie słabo jeszcze rozwiniętą sklerozę, a zarazem wyborny stan zdrowia w jakim pozostają inne organa. Bezwątpienia trzeba się liczyć wprawdzie z tem, co jest nieznane, z tem, czego nikt nie wie, ponieważ nagła katastrofa zawsze do możliwości należy.
I obydwaj wreszcie skończyli na tem, iż z zupełnie zimną krwią roztrząsali ową dolegliwość zupełnie tak, jak gdyby znajdowali się razem na konsylium, u wezgłowia chorego, rozważając wszystkie za i wszystkie przeciw, wymieniając wzajemnie poglądy, ustalając już z góry ów termin śmiertelny, według wskazówek jak najdokładniej zaobserwowanych i najniezawodniejszych