Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/481

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

tem ochotniej, gdyż poprzednio myśl o nędzy mojej, o niedostatku, który musiałaby dzielić wraz ze mną, psuł radość z powodu jej powrotu... A oto odzyskuję i majątek, bym miał na czem utrwalić mój mały światek!
Uniesiony rozczuleniem, wyciągnął ku Ramondowi rękę z listem i zmusił go do przeczytania tego ostatniego...
Potem, gdy młodzieniec oddał mu go z uśmiechem na twarzy, a w głębi wzruszony na widok wstrząśnienia, doznanego przez Pascala, — ten nie mogąc już się powstrzymać od wylewu czułości, ujął go obu swemi wielkiemi ramionami, jak towarzysza, jak brata.
Obaj mężczyźni ucałowali się ogniście w policzki.
— Skoro już pan jesteś gońcem szczęścia, poproszę cię o oddanie mi jednej przysługi. Zapewne pan wiesz, iż nie ufam tutaj nikomu, ale to nikomu, nawet mojej starej służącej. Zanieść więc pan, proszę, moją depeszę do urzędu telegraficznego.
Ponownie tedy zasiadłszy za stołem, napisał poprostu: „Oczekuję cię, odjeżdżaj jeszcze dzisiaj wieczorem.“
— Porachujmy — zaczął — mamy dzisiaj 6 listopada, nieprawdaż?... Dochodzi już niemal dziesiąta, Klotylda w południe otrzyma moją depeszę. Będzie zatem miała sporo jeszcze czasu do zapakowania kufrów i wyjechania dzisiaj wieczorem o godzinie ósmej ekspressem, który przybędzie jutro rano do Marsylii na śniadanie. Ponieważ atoli niema połączenia bezpośredniego, nie zdoła ona przybyć tutaj wcześniej, jak jutro, 7-go listopada, dopiero o godzinie 5-ej popołudniu.
Zanim złożył depeszę, wstał: