Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/464

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

sobie i widział ją, jak wiotka i cienka, stoi przy swoim pulpicie, nachylając się nad pastelem, zwrócona do niego swym ślicznym profilem.
Nie wychodził zaś z domu, by się uchronić przed takim pościgiem owego drogiego, lecz męczącego wspomnienia tylko dlatego, że wiedział wybornie, iż znajdzie ją wszędzie, i w ogrodzie i na krańcu tarasu, i w alejach sośninki, które będzie przebiegała krokiem lekkim, a przyspieszonym, i pod jaworami, gdzie usiądzie, by się odświeżyć dzięki nigdy niemilknącemu śpiewowi źródełka, a wreszcie i na klepisku, gdzie znowu się wyciągnie na wznak z oczyma, utkwionemi w dal, a wyczekującemi pojawienia się gwiazd.
Nadewszystko przecież jedno miejsce napełniało go pożądaniem i zarazem obawą, okropną, wyrastając w jego oczach na sanktuaryum poświęcane, gdzie zawsze tylko ze drżeniem wchodził: był to pokój, w którym się mu ona oddała i gdzie sypiali razem.
Zamknął ów pokój na klucz i ani jednego sprzętu nie ruszył z miejsca od chwili smutnego poranka, daty jej odjazdu, nawet jedna z sukien, zapomniana trafem przez właścicielkę, leżała jeszcze na fotelu.
Tylko tam oddychał nieco lżej, czuł niemal jej oddech, czuł świeżą woń jej młodości rzeźkiej, która jeszcze niby pachnidło unosiła się w powietrzu.
I wówczas otwierał szeroko zmęczone ramiona, by je wnet gorąco przycisnąć do piersi wraz z widmem ukochanem, pływającem niejako w powietrzu wśród zmroku, rzucanego przez okiennice przymknięte, mroku, zaróżowionego dzięki staremu perkalowi, tworzącemu obicie, perkalowi barwy jutrzenki.