Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

w wielu wypadkach moje zastrzykiwania są przewyborne... Bynajmniej, nie wątpię w doniosłość owego lekarstwa; ani mnie nie rozgoryczyły, ani nie wprowadziły w błąd takie przypadki, zawsze możliwe, a bolesne, jak ów z Lafonuassem... Zresztą praca była moją namiętnością; do tej pory praca wyłącznie zajmowała całą moją istotę; niedawno też o mało co nie umarłem, chcąc właśnie dowieść możności odrodzenia rodu ludzkiego, już zestarzałego, odrodzenia do tego stopnia, że stałby się on na nowo silnym i rozumnym... Tak, ale to marzenie, to tylko marzenie piękne!
Teraz znowu ona z kolei ująwszy go w swe ręce wiotkie, przycisnęła z całych sił, przysunęła się do niego i niemal wpiło w jego ciało;
— Nie! nie! mistrzu, to rzeczywistość, to rzeczywistość, odsłonięta przez twój geniusz.
I w owej chwili, gdy tak zleli się w jedną istotę, Pascal jeszcze cichszym szeptem rozpoczął snuć wyznanie, szeptem, równającym się lekkiemu powiewowi wiatru.
— Posłuchaj, powiem ci to, czego nikomu za nic w świecie nie chciałbym powiedzieć, to, czego głośno nie ośmieliłbym się powiedzieć nawet samemu sobie... Czyż to dążność godziwa i chwalebna poprawiać przyrodę, przeszkadzać jej, przekształcać i stawać w poprzek, gdy dąży do celu? Leczyć, opóźniać śmierć istoty gwoli własnych widoków, przedłużać życie takiej istoty, bez wątpienia ze szkodą całego gatunku, czyż to nie znaczy psuć, oraz niszczyć wszystkie wysiłki przyrody? A czyż mamy nadto prawo marzyć o ludzkości bardziej zdrowej,