Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

oczach przepełniała wszystko; ta miłość wyglądała do nich z każdego zakątka ziemi.
Doktór rozpoczął znowu jak najspokojniej odwiedzać chorych; idąc zaś, zabierał ze sobą młodą kobietę; szli więc razem, ręka w rękę, przez aleje miejskie, przez ulice; Klotylda opierała się na ramieniu, Pascala, ubrana w suknię jasną, uczesana prześlicznie z wiązanką kwiatów we włosach; on znowu w surducie, zapiętym na wszystkie guziki, w kapeluszu o skrzydłach szerokich.
Doktór był siwiuteńki; Klotylda znowu wspaniała blondynka.
Kroczyli śmiało naprzód, z głowami wzniesionemi do góry, wyprostowani, uśmiechnięci; szczęście promieniowało od nich na wszystkie strony tak widocznie, że zdawało się, iż nad głowami ich świeci aureola.
Początkowo, zdziwienie przybrało niebywałe rozmiary; sklepikarze stawali na progu swych kramów, kobiety wychylały się z okien; przechodnie zatrzymywali się na ulicach, odwracali i długo gonili okiem. Szeptano, śmiano się, pokazywano ich sobie palcami. Doktór obawiał się nawet, aby ten potop nieprzychylnej ciekawości, nie udzielił się wreszcie ulicznikom, którzy zaczęliby może wprost rzucać na nich kamieniami.
Byli atoli oboje tak piękni, on — tak wspaniały oraz tryumfujący, ona tak młoda, tak podległa, a zarazem tak pewna siebie, że zwolna całe miasto zaczynało od czuwać dla nich pewną niewytłomaczoną pobłażliwość.
Nikt nie mógł oprzeć się bezwiednemu popędowi patrzenia na nich z zazdrością i kochania ich, na widok, tak zaraźliwy, ich niewypowiedzianej dla siebie czułości.