Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

I nadal pozostała poważną, lecz i uśmiechniętą za razem. Skoro żyją oboje po za światem, cóż ich znowu ów świat tak może obchodzić?
Stara pani Rougon musiała odejść, poprzestając na tej niewyraźnej obietnicy.
Od tej chwili atoli w mieście umyślnie rozpowiadała wszystkim naokoło, że zerwała z Soulejadą, siedliskiem zarazy i hańby. I nie poszła tam już więcej, przeciwnie z pokojem szlachetnym umiała znosić ów nowy cios okrutnego losu.
W głębi duszy przecież wyczekiwała dalszych wypadków, nie przestawała czuwać, oraz była zawsze gotową. by skorzystać z sposobności najmniejszej i ukazać się na placu z ową śmiałością wytrwałą, która zawsze przynosiła jej zwycięstwo.
Od tej chwili jednak Pascal i Klotylda przestali się zamykać, niby w klasztorze.
Nie była to z ich strony ani brawura, ani wyzwanie i nie chcieli ani na chwilę odpowiadać w taki sposób na wstrętne plotki miejskie, że właśnie wszystkim dokoła okazywali wzajemne szczęście.
Przeciwnie, całe ich postępowanie wynikało zupełnie naturalnie, jako przyrodzone promieniowanie ich radości.
Zwolna ich miłość nabrała potrzeby rozszerzenia się, potrzeby przestrzeni; początkowo chcieli wydostać się oboje poza próg pokoju, potem poza ściany domu, potem poza mur ogrodu, wydostać się na miasto, na pola, nie ujęte żadnemi ograniczeniami. Ta miłość w ich