Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Mówił o pieniądzach które jeszcze niekiedy otrzymywał od pacyentów, poczem rzucał w jedną z szuflad swego biurka. Od lat przeszło szesnastu wkładał tam w ten sposób co roku, mniej lub więcej cztery tysiące franków, co ostatecznie utworzyłoby naprawdę mały skarb, złożony z banknotów i złota, gdyby znowu z dnia na dzień nie wyciągał ztamtąd bez rachuby, wcale sporych sum, przeznaczając je bądź to na doświadczenia, bądź na rozmaite zachcianki. Pieniądze na podarunki, wszystkie bez wyjątku, pochodziły z owej szuflady, którą teraz nieustanie otwierał. Zresztą uważał ją wprost za niewyczerpaną, ponieważ przyzwyczaił się brać z niej zawsze, ilekroć razy potrzebował. Nie bał się tedy ani na chwilę ujrzeć tam pustki.
— Tak, tak, moja Martyno — ciągnął dalej wesoło — można przecież ruszyć teraz cokolwiek ze swoich oszczędności. Ponieważ chodzisz sama do notaryusza, wiesz zatem lepiej, aniżeli kto inny, że oprócz tego wszystkiego posiadam tam jeszcze kapitał.
Wówczas służąca odezwała się głosem suchym, właściwym skąpcom, duszonym zawsze przez zmorę jakiegoś zagrażającego niebezpieczeństwa, czy ruiny:
— A jak go pan utraci?
Pascal, zdziwiony, spoglądał na nią w milczeniu, aż wreszcie odpowiedział ruchem ręki, w próżnię z rozmachem godzącym, ponieważ nawet nie pomyślał nigdy o możebności takiego nieszczęścia. Sądził jedynie, że skąpstwo zawróciło głowę Martynie; wieczorem zaś wyśmiewał ją wobec Klotyldy bez litości.