Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/195

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    ruina wierzeń dawnych, taka ewolucya ku światowi nowemu, że nie śmiała sama stawić sobie pytań i odpowiedzi. Czuła się od tej chwili porwaną, uniesioną całą siłą wszechpotęgi, w prawdzie tkwiącej. Ulegała już jej, a przecież nie była jeszcze przekonaną.
    — Mistrzu — jęknęła — mistrzu...
    I pozostali tak na chwilę naprzeciw siebie, patrząc na siebie. Dzień się robił, jutrzenka rozkosznej czystości w głębi szerokiego nieba jasnego, zmytego przez burzę... Żadna chmurka nie plamiła już morza lazuru, różowemi blaski przejętego. Całe to wesołe rozbudzenie się ziemi zroszonej dostawało się przez okno, tymczasem świece, które się już dopalały, blednąc poczęły wśród rosnących blasków brzasku dnia białego.
    — Odpowiedz... czy jeszcze chcesz wszystko zniszczyć... spalić wszystko, co tu jest?.. Czy jesteś ze mną, cała ze mną, czy przeciwko mnie?
    W tej chwili sądził, że mu rzuci się na szyję, łzami zalana. Zdawało się, jakby jakiś poryw wewnętrzny popychał ją w jego ramiona. Ale w tej jasności ujrzeli się wzajem w swej półnagości. Ona, która dotychczas nie widziała tego nawet, odrazu pojęła, że jest w krótkiej spódniczce, z obnażonemi rękami i ramionami, przysłoniętemi zaledwie rozsypanemi pasmami jej włosów rozrzuconych... I tu przy ramieniu lewem, gdy spuściła oczy, zarumieniona odnalazła te kilka kropel krwi z ranki, jaką jej zadał, bijąc się z nią, dla pokonania w brutalnym uścisku. Wtedy w duszy jej nadzwyczajne zaszło wstrząśnienie, pewność, że zwyciężoną być musi, jakgdyby tym uściskiem jednym poskromił ją na zawsze i został jej