Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Sama ona, owej nocy gwiaździstej pod kopułą niebios wyznała, że życie jest podłe i nikczemne, jakżeż więc można przeżyć je w szczęściu i spokoju!.. Okrutną, jest jasność, jaką wiedza rzuca na ten świat!... Analiza zstępuje do głębi ran ludzkości po to tylko, aby ohydę ich jasną uczynić!.. I oto właśnie on o tem mówi tak dobitnie i tak szeroko, rozszerza ten wstręt, jaki ona ma do istot, do rzeczy, rzucając rodzinę własną obnażoną na stół amfiteatru prosektoryum. Potok błotnisty szumiał u jej stóp przez trzy godziny blisko, i było to jedno z najstraszliwszych objawień, ta nagła i okrutna prawda o swoich, o istotach ukochanych, o tych, których ona kochać czuła się w obowiązku. Ojciec jej urósł w zbrodniach pieniądza, jej brat kazirodca, jej babka bez względu żadnego, obryzgana krwią sprawiedliwych, inni prawie wszyscy okryci hańbą, pijacy, rozwięźli, zbrodniarze... potworne bukiety drzewa ludzkiego!.. Wstrząśnienie było tak brutalne, że nie mogła się po niem zoryentować, wśród bolesnego oszołomienia tą nauką życia całego, tak na jeden raz jej podaną.
A przecież lekcya ta była jakby usprawiedliwieniem, nawet w gwałtowności swej, przez coś iście wielkiego, i prawdziwie dobrego, tchnienie ludzkości głębokie które ją porywało i przeniosło od jednego skraju do drugiego. Nic złego jej z tego się nie dostało, czuła się jakby pędzona ostrym wiatrem morskim, wiatrem burz, do którego pierś się hartuje i rozszerza. On wszystko powiedział, mówiąc swobodnie nawet o jej matce, zachowując względem niej swoje stanowisko wyjątkowe uczonego, który faktów wcale nie sądzi, tylko je stwierdza.