Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wszystko mówić, aby wszystko uleczyć, czyż to nie jest ten okrzyk, to hasło, które bez namysłu wygłosił w ową piękną noc letnią!.. I pod nadmiarem tego, co jej teraz powiedział, czuła się wstrząśniętą, oślepioną tem zbyt żywem światłem, zrozumiała jednak tyle chociaż i uznawała to w duchu, że on wielkiego dzieła dokonać pragnie. Pomimo wszystko jest to okrzyk zdrowia, nadziei w przyszłość. On mówi jako dobroczyńca, który, poznawszy, że dziedziczność tworzy ten świat, pragnie prawa tej dziedziczności określić, aby rozporządzać nią, nad nią panować tak, aby ten świat szczęśliwym tworzyła.
A przytem czy niema nic, tylko błoto w tej rzece wezbranej, której śluzy on otwiera?.. Ileż złota się przesuwa, zmieszanego z trawami i kwiatami wybrzeży. Setki istot pędziły jeszcze przed nią i narzucały się jej oczom postacie, uroku i dobroci pełne, delikatne profile dziewic, poważne piękności kobiet dojrzałych. Cała namiętność krwią się oblewała, całe serce otwierało się dla porywów czułości. Ich jest niemało, tych postaci niewieścich, takich jak Janina, Aniela, Paulina, Marta, Gerwaza, Helena!.. Z nich i innych, a nawet może z mniej dobrych, nawet z ludzi starszych, z najgorszych z bandy, wyłania się ludzkość bohaterska. I właśnie ten duch, który przeleciał, ten prąd szerokiej sympatyi, który czuć było pod tą lekcyą, przejmował ją. Paskal wcale się nie rozczulał, zachował nieosobiste stanowisko profesorskie, ale w głębi jego duszy jakaż dobroć rozżalona, jaka gorączka poświęcenia, jakie pragnienie ofiarowania całej istoty swojej dla szczęścia innych.