Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Byle uniknąć pewnéj zagłady,
Wstępuję w dzików i wilków ślady.
Czerkiesi giną, wszędzie już wrogi!
O stary druhu! przyjm mnie w twe progi,
A na proroka, wdzięczność ma za to
Aż do mogiły będzieć zapłatą”.
Lecz konający na to odrzecze:
„Precz ztąd pogardy godzien człowiecze!
U mnie przytułku niema dla tchórza!”
Harun wyrzuty w milczeniu znosi,
Na srogie słowa się nie oburza,
I już się starca więcéj nie prosi.
A opuściwszy próg niegościnny,
Wnet koło sakli znalazł się innéj.
Spojrzał na chwilę, powstrzymał kroku,
I sen przeszłości w mknącym obłoku
Owiał płomieniem zastygłe czoło,
Jak pocałunek: słodko, wesoło,
W młodzieńca duszy. Wtém mu się zdało,
Że nań łaskawie w mroku spojrzało
Dwoje błyszczących, palących oczu,
I w ich czarownem tonął przezroczu;
Marzył: „mną żyje, dla mnié oddycha!”
Chce wejść, wtém słucha, piosnka brzmi cicha;
Słucha, pieśń starą śpiewa dziewica,
I on się bledszym stał od księżyca:
„Miesiąc świeci
I płynie spokojny,
A młodzian zbrojny
Do boju leci.