Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A potem kopią uzbrajam dłoń,
I już do walki zstępuję z góry;
Zdaleka moje zostawiam ciury;
Nareszcie żwawo siadam na koń.
Dawszy rozkazy, z kopyta ruszę,
Bogu w opiekę oddając duszę.


XVIII.

„Schodzę; tu grota, daléj równina.
Wtém już psy wycia rozległy swe,
I koń trwożliwie dyszéć poczyna,
I dęba daje, iść ani chce;
Bo oto blisko w kłęby zwinięty
Na słońcu grzeje się wróg zawzięty,
Leżąc na ziemi, co spieką wre.
Para brytanów doń pędzi śmiała;
Lecz nagle zwraca się jako strzała,
Kiedy oddechem trującym tchnie
Z rozwartéj paszczy straszydło owe,
Wydawszy wycie swe szakalowe.


XIX.

„Wkrótce je krzepię, odwagę niecę:
Psy rozjuszone już biegną doń,
Ta sam na koniu na smoka lecę:
Już w lędźwie dzidę pcha dzielna dłoń
Ale jak trzcina, łatwo się gnąca,
O pancerz z łusek wnet się odtrąca.