Strona:PL Z obcego Parnasu (antologia).djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tekla nad grobem Piccolomini’ego.




I dla mnie zwity ten wieniec laurowy,
Co przyozdabia twój spokój grobowy.
Czém-że jest życie bez miłości blasku?
Ja je odrzucam, gdy rdzeń jego zginął.
Tak! gdyś mię wzrokiem miłości owinął,
Wtedym ja żyła! Przedemną w rozbrzasku
Droga złotego dnia tam się ciągnęła:
Jam w śnie dwie godzin niebiańkich objęła.

Ty u wrót stałeś, gdzie w świat wiedzie droga;
W chodzę, klasztorna owłada mnie trwoga;
Tam słońc tysiąca świetny blask migota!
Ty mi się zdałeś aniołem na straży,
By z dnia dziecięctwa, co w uśpieniu marzy,
Szybko mię unieść aż na szczyt żywota.
I szczęście niebios — pierwsze me wrażenie,
W serce twe padło pierwsze me spojrzenie.
Przyszedł los zimny i uścisk lodowy
Owładł wdzięcznemi kształtami twojemi,
Pod swych rumaków rzucił je podkowy.
Taki jest udział piękności na ziemi!


PL Z obcego Parnasu (antologia) page0080a.jpg