Strona:PL Wyspiański - Legenda.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Że laski chylą nad głowami
pośpionych w stypie gości
i że znikają, jako widma,
na nocy i ciemności.

Drzemią znużeni grajcy starzy,
ku lirom chylą głowy;
coś przed oczami im się snuje,
jako marzenie senne
a głowy, gęślą kołysane,
już ciążą, jak kamienne.

WANDA

Posnęli, — gdy się ockną, — biada, —
hej mnie dostrzeże gromada. —
Jak ujść, jak ujść, — och pęta!
Czyżem cale przeklęta?
Dłoń wiążą ostre sznury,
porą do krwie, do kości.
Mnie życie, mnie wesele,
mnie gody, mnie radości!
Precz od nich, od tej Martwice
okrutnej, — chce mej ofiary.
Jak się ocalić? — hej, zabiją mnie!
O falo moja ty wiślana,
ty, co tam płyniesz w dole;
o przyjdź i weź mnie ukochana. —
A i to śmierć! Śmierć wszędy!
Jak ujść, jak ujść, siły ustają. —
Zabić, zabić mnie mają!
(W pętach, jak była uklękła
pomiędzy leżącą zgrają,