Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

głupstwa? Czemuś mi nie przerywał? Widocznie drwiłeś sobie ze mnie...
Marvel wydął policzki. Marynarz nagle poczerwieniał ogromnie i zacisnął pięści.
— Ja tutaj gadałem przynajmniej dziesięć minut rzekł — a ty, bałwanie jeden, nie mogłeś się zdobyć na odrobinę przyzwoitości...
— Tylko niech ci się nie zachciewa wymiany słów ze mną — rzekł Marvel.
— Wymiany słów? Ja jestem spokojnego usposobienia...
— Ruszaj! — odezwał się rozkazująco Głos i Marvel został nagle podniesiony z ławki i popchnięty energicznie.
— Już ty się lepiej wynoś stąd! — rzekł marynarz.
— Kto ma się wynosić? — spytał Marvel, lecz urwał, gdyż musiał zdążać pospiesznie naprzód, czyniąc wrażenie, jakby się z kim szamotał. Potem zdawało się, że rozpoczął ze sobą rozmawiać półgłosem, wygłaszając protesty i wymówki.
— Głupie bydlę! — mruknął marynarz, stojąc z rozkraczonemi nogami, z rękami na biodrach i patrząc na odchodzącą postać. — Ja ci pokażę, ty idyoto, kpić sobie ze mnie! Przecież wszystko stoi w gazecie!
Marvel odparł coś niezrozumiałego i zniknął na zakręcie drogi, lecz marynarz stał jeszcze ciągle wyzywająco, dopóki nadjeżdżający wóz rzeźniczy nie zmusił go do usunięcia się. Potem zwrócił się ku Port Stowe.
— Pełno wszędzie błaznów — mruczał cicho do siebie. — Całym jego celem było nabrać mnie trochę na kawał... Przecież stoi w gazecie!