Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MELCHJOR.

Sądzę, że to jest Charybda, w którą każdy wpada jak się wydostaje ze Scylli religijnego obłędu... Usiądźmy tu pod tym bukiem. Wiatr ciepły owiewa góry. Chciałbym być teraz młodą dryjadą i kołysać się przez całą długą noc tam na górze w lesie pomiędzy najwyższymi wierzchołkami drzew...

MAURYCY.

Melchjorze, odepnij kamizelkę!

MELCHJOR.

Ha — jakże mi wiatr podwiewa ubranie.

MAURYCY.

Ściemnia się tak, że własnej ręki przed oczami nie widać. — Czy sądzisz Melchjorze, że wstydliwość u człowieka jest także tylko produktem wychowania?

MELCHJOR.

Myślałem o tem właśnie dopiero wczoraj. W każdym razie zdaje mi się być głęboko zakorzenioną w ludzkiej naturze. Pomyśl, gdybyś miał się zupełnie rozebrać w oczach twego najlepszego przyjaciela. Nie zrobisz tego, chyba że i on uczyni to samo. — Jestto zresztą także mniej lub więcej kwestja mody.