Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/363

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


były gromochronami, z niektórych szedł jeszcze dym i polatywały iskry.
W lewo od schodów było mieszkanie Hofmannów. W chwili, gdy własnym kluczem otworzył mieszkanie Karen, wydało mu się, że go ktoś woła od nich właśnie. Spojrzał. Było to złudzenie.
Karen leżała w łóżku.
— Za czemże tak późna nocą? — burknęła. — Każdy radby wypocząć trochę.
— Przebacz, — rzekł uprzejmie — sądziłem jednak, że moglibyśmy jeszcze pogwarzyć.
— Na cóż się zda, pytam, to paplanie po nocy? — rzuciła gniewnie i roześmiała się przez nos.
Usiadł na skraju łóżka.
— Karen, musisz mi opowiedzieć, co się stało po śmierci Adama Larsena? Nie wychodzi mi z głowy owo twoje: potem. Oczywiście można to sobie mniej więcej wyobrazić. Znam już twe życie na tyle, by to odgadnąć.
— Nie, tego nie odgadniesz... — przerwała wzgardliwie — tego sobie nie wyobrazisz... założę się.
— Tembardziej radbym usłyszeć! — nalegał.
Milczała, nastrojona wrogo, on zaś uświadomił sobie nagle, że uporny instynkt wzbrania jej wpuścić go w swój świat, a wszystko co uczynił nie starczy, by pokonać niedowierzanie, tkwiące w niej głęboko. Zesmutniał tedy, bezradny.
— Dzisiaj położyłam się o siódmej, — rzekła, błyskając oczyma — czułam się niedobrze, zachoruję pewnie.
Krystjan spojrzał na nią z mimowolnem naleganiem i niepokojem.
Karen zamknęła oczy.