Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mimo, że spojrzenie jego pozostało tępe, jakby niczego nie dostrzegał, zauważył zmianę w obliczu Ewy. Był tam nowy rys surowości, spotężniała wola przebijała przez muskulaturę, ogarniając nawet ruch długich rzęs. Doświadczenia poczynione z ludźmi i rzeczami przepoiły jej twarz lśnieniem, a zupełne owładnięcie sobą nadało ton dostojeństwa.
— Nie zapomniałam wcale, że tu mieszkasz, — zaczęła znowu, — ale wir zajęć nie zostawił miejsca dla ciebie. Oni liczą kroki moje i czyhają na chwilę, kiedy się obudzę. Powinnam pragnąć więzienia, lub bezinteresownego przyjaciela, któryby mnie zmusił szczędzić samej siebie. Podczas pobytu w Lizbonie dostałam od królowej prześlicznego, wielkiego psa, który lak był do mnie przywiązany, że czułam to wszystkiemi fibrami ciała. W tydzień potem leżał struty u furtki ogrodowej. O, jakże był milczący i czujny i jak umiał kochać. Omal nie wzięłam po nim żałoby! — Drżąc z chłodu, uniosła ramiona, opuściła je znowu i mówiła dalej spiesznie. — Zawezwę cię. Czy przybędziesz gdy cię wezwę? Czy będziesz gotów przybyć?
— Przybędę! — odpowiedział poprostu, ale serce mu zatętniło.
— Masz dla mnie jeszcze jakieś uczucie? Niezmienne? Nie zniszczalne? — spojrzenie jej miało nieopisany wzlot, a ciało pod tchnieniem ducha wymknęło się z codziennej osłony.
Pochylił jeno głowę.
— A cóż tam z Cortezją? — przystąpiła tak blisko, że Krystjan poczuł woń jej oddechu. — On się uśmiecha! — zawołała, cofając usta. — Miast paść raz choćby na kolana, szaleć, czy radować się, on się uśmiecha! Miej się na baczności z tym uśmiechem, gdyż może mi