Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przynosi podobno nieszczęście posiadaczom swoim — powiedział Krystjan zcicha.
— Czy chcesz na nim zmierzyć siły swoje, Eidolon, czy chcesz zrobić próbę? Chcesz wyzwać demona, by wiedzieć szy coś przeciw tobie uczynić zdoła? Może mścił on się tylko na niegodnych, którzy go zdobyli podstępem. I mnie skusił także. Nazwa jego uczyniła mnie zazdrosną. Gdym go trzymała w dłoni, był czemś jak pępek Buddy. Nie można odeń oderwać myśli, ujrzawszy raz.
Spostrzegła, że obecność świadków onieśmiela Krystjana, ujęła go przeto pod,ramię i pociągnęła we wnęk okienny, przysłonięty firanką.
— Niewątpliwie ściąga na ludzi nieszczęście! — powtórzył mechanicznie. — Ale jakże go mam zatrzymać dla siebie, wobec tego, że ty, Ewo, chciałaś go posiąść.
— Weź go, weź i odczaruj! — odparła ze śmiechem.
Widząc jego powagę, przeprosiła za śmiech gestem,
jakby coś lekkiego wyrzucała z dłoni. Jęła nań spoglądać w milczeniu. W ostrym refleksie światła od śniegu, oczy jej miały zieloną barwę malachitu.
— Cóż ci jest? — spytała. — Masz spojrzenie samotnika.
— Dość już długo żyję niemal samotnie, — odrzekł Krystjan, jak zawsze oschle i ściśle — nawet Crammon mnie opuścił.
— Iwan Becker pisał mi o tobie, — powiedziała zcicha. — List ten ucałowałam. Nosiłam go na piersiach, powtarzając często półgłosem słowa. Czy istnieje zmartwychwstanie? Czy dusza może wykiełkować z ciemni, jak kwiat z korzenia? Czemuż tak stoisz bez ruchu? O ty pyszałku! Mów, czas krótki.
— Na cóż mówić! — zarzucił.