Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zupełnie podobna do pana dyrektora Livholma.
Z szopem-praczem rozmawiała jak z prostakiem, rzucając mu kawałki cukru.
O wielbłądach wyrażała się z wielką nieufnością. Jej zdaniem, udawały tylko to, co o nich pisano w książkach przyrodniczych.
— Są niemal tak brzydkie, jak ja! — dodała, ściągając usta. — Natomiast dużo użyteczniejsze. Mówiono mi w szkole, że ich żołądek jest kasą oszczędności na wodę. Dziwne cuda istnieją na bożym świecie.
— Czemu ona mówi zawsze wzgardliwie o sobie? — rzekł w duchu Krystjan.
Joanna pochyliła kark nad kamienną balustradą, a jego ogarnęło wzruszenie. Był on obrazem czegoś, co biedne i krzywdzone.
Crammon powiedział:
— Zwierzęta, to dziwne stworzenia boże. Uczeni przypisują im niesłychany instynkt. Czemże jest, atoli instynkt? Mnie się wydają najczęściej wielce głupie. Na wsi, gdzie spędziłem lata chłopięce, był koń, spaśny, głupi, łagodny, a miał tylko jedną wadę, mianowicie nie znosił łaskotania.
Zabroniono nam łaskotać go, co miało ten skutek, żeśmy biedne zwierzę ustawicznie dręczyli łaskotkami. Miałem jeszcze czterech towarzyszów z sąsiedztwa, było nas tedy pięciu, nie większych od nóg stołowych.
Wystaraliśmy się o filcowe kapelusze, pozatykali kogucie pióra, gdy głupie konisko stało przed stajnią, wybałuszywszy ślepia, przechodziliśmy mu szeregiem popod brzuch. Pióra łaskotały oczywiście zwierzę, tak że wszystkiemi czterema nogami wykonywało iście murzyński taniec.
Do dziś zrozumieć nie mogę, żeśmy wyszli cało. Ale