Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bawiło nas to i budowało wielce, zaś o tak zwanym instynkcie nie było zgoła mowy.
Doszli do pawilonu małp. Grupa ludzi otaczała mała trybunę, na której młoda, zręczna małpka pokazywała sztuczki pod przewodem dozorcy.
— Niecierpię małp! — powiedział Crammon. Ciężą na mych wspomnieniach. Uczeni każą mi się poczuwać do pokrewieństwa z niemi. Ale każdy ma dumę swoją. Nie uznaję wcale tych djabelskich atawizmów.
Zawrócił i wyszedł, postanowiwszy czekać na nich w parku.
Joanna, zostawszy z Krystjanem sam na sam, w przystępie odwagi pociągnęła go bliżej trybuny. Była po dziecięcemu zachwycona.
— Jakaż ona urocza, jak słodka, jak biedna! — wykrzyknęła.
Krystjan odczuł bijącą od niej falę ciepła i poddał się jej, a łamiący się głos dziewczyny działał mu na zmysły i budził niepokój. Siali tak blisko siebie, że czuł jak drży, co mu było znanym dobrze przejawem, ukrytej w nim siły erotycznej.
Ujął jej dłoń. Nie broniła się, tylko rysy twarzy nabrały bolesnego napięcia.
Nagle małpa przerwała skoki i utopiła przerażone oczy we widzów. Wydało się, że nasłała dla niej chwila myśli i samouświadomienia. Na kilka sekund zjawił jej się jasny obraz świata i ludzi. Drżenie wielkiego przerażenia wstrząsnęło teraz całem jej ciałem. Po chwili pisnęła żałośliwie i zeskoczywszy z estrady, jęła szukać schrony przed temi skierowanemi na siebie spojrzeniami. Łzy, niemal człowiecze spływały jej z oczu, i wszystko razem uczyniło tak silne wrażenie, że najbrutalniejsi tylko byli w stanie śmiać się.