Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spotkał taki los. Wkońcu wysłał swego syna, sądząc, że chyba syna uszanują. Na widok przybyłego powiedzieli sobie: — Ten ci jest spadkobierca! Trzeba go uśmiercić! — Chwyciwszy, wywlekli go za winnicę i zabili.
Czasem całemi godzinami trzymał się Krystjana, studjując każdy jego ruch zawistnie:
— Ten ci jest spadkobierca! — szeptał do siebie.
Potem zaś nagle, ogarnięty skruchą, kajał się pokornie. Czuł, że istnieć przy nim tylko może i sądził, że Krystjan słyszy okrzyk tej spowiedzi. Ale nie słyszał i brat przemieniał się znowu we wroga. W ten sposób kroczył obłędnie z ciemni, przez płomień i dym, w ciemń wracając.
Cierpiał z powodu swej nieśmiałości i narzucania się jednocześnie. Wśród zbytku, gdzie się nagle znalazł, czuł dawną gryzącą nędzę i buntował się. Nie chciał patrzyć na wzorzystą stronę tkaniny, ale dumał nad znaczeniem krzyżujących się nitek strony odwrotnej.
Podejrzywał każdy stosunek, czuł kolec w każdej wesołej rozmowie, twarze ludzi podniecały jego nienawiść, a piękno oglądał jako brzydotę. Wszystko było mu trucizną, zgnilizną, kwiat cielskiem, aksamit zgrzebnem płótnem, wszędy na murach widniało płomienne mane, tekel, upharsim.
Trwał w uporze, nie ustępował. Zazdrościł nawet po osiągnięciu celu swych zabiegów. Żądzę zemsty syciły dawne przeżycia, razy ojca, niesforne żarty kolegów w seminarjum, którzy mu sypali pieprz do kawy, mina Adeliny Ribbeck z jaką mu podała w zamkniętej kopercie pierwszą płacę miesięczną, afronty i wzgarda jaką mu ludzie płacili za doznane od innych krzywdy.