Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Crammon zagryzł wargi. Przygana to była istotnie ostra. Kędyś był ukryty kamień w puchu, na którym leżał rozleniwiony. Zabolało go. Jął szukać kamienia, ale miękkość puchu przywróciła mu spokój i zapomniał o kamieniu.
— Siedziałam przy śniadaniu, czekając na panią Sorel, — zaczęła Joanna a głos jej wibrował z intencja zainteresowania Krystjana, — nagle wszedł pan Voss i skierował się wprost ku mnie. Przestraszyłam się go, on zaś, jakbyśmy byli od wieków przyjaciółmi zaproponował mi wycieczkę do Sankt Pauli, gdzie miał przemawiać Jakobsen, cudotwórca i kaznodzieja wędrowny.
Oczywiście roześmiałam mu się w twarz, a jego to obraziło wielce. Dzisiaj, w chwili wyjścia z hotelu ujrzałam go, jakby wyrósł z pod ziemi. Zaprosił mnie na wycieczkę po porcie łodzią motorową. Był znowu nader poufały, a odszedł w gniewie, gdym odmówiła.
Czyż nazwiesz to zalecankami, wujaszku? Miałam raczej wrażenie, że mnie zamierza porwać i zabić. Może to jest zresztą jego zwyczajem?
Roześmiała się.
— W każdym razie, panią tylko jedną wyróżnia tak pochlebnie! — ukłuł ją Crammon znowu.
— A może ma tylko za jedyną równą sobie? — odrzekła nachmurzona po dziecięcemu.
— Czemu się ona tak ciągle śmieje? — pytał sam siebie Krystjan. — Czemu tak niekształtne i czerwone ręce? — a mimoto czuł, że go coś do niej ciągnie przemożnie. — Pocóż się bronić i robić ceregiele! — snuł dalej, obserwując z pod oka zgrabną kibić Joanny, posiadającej jeszcze giętkość płciowej niedojrzałości. Dostrzegł osadę karku, świadczącą o braku woli i wiel-