Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakto?
— Muszę grać dalej. Muszę się odegrać. Nie chcę być dłużnikiem pańskim.
— Coraz gorzej będzie z panem, Amadeuszu. Ale nie stawiam przeszkód, o ile oznaczysz pan granicę.
Amadeusz wybuchnął śmiechem.
— Wiedziałem, że okażesz się pan wspaniałomyślnym, Krystjanie Wahnschaffe. Coraz głębiej kolec w ranę, coraz to głębiej.
— Nie rozumiem pana, — rzekł Krystjan, — możesz pan żądać odemnie ile chcesz pieniędzy, ale wolałbym na inny cel.
— Wspaniałomyślne to słowa, istolnie wspaniałomyślne! — urągał Amadeusz. — Jeśli mi jednak nie zależy na oznaczeniu granicy? Jeśli zechcę odrzucić wstydliwość żebraczą i zostać rozbójnikiem? Czy wówczas wyprzesz mnie się pan?
— Nie wiem co uczynię w takim razie, — odrzekł spokojnie, — spróbuję może przekonać pana, że źle czynisz.
Te trzeźwe i proste słowa uczyniły na Amadeuszu widoczne wrażenie. Spuścił głowę i rzeki po chwili:
— O jakże gnębi czekanie, aż mała kulka przestanie skakać, a sędzia ogłosi wyrok. Wypełzła tysiącfrankówka zbliża się z szelestem, albo szufla rzuca krągłą kupkę złotych monet. Utkwiła mi w głowie pewna liczba. Dzielę ośm liter na trzy i pięć. Imię i nazwisko. Raz w ten sposób wygrałem na jedno coup siedmnaście tysięcy, innym razem trzy.
Nie opuszczaj mnie pan, Wahnschaffe. I ja mam duszę. Trzy i pięć to problem. Rozbiję bank. Rozbiję go trzy razy, dziesięć razy po kolei. Jest to możliwe, nastąpi tedy niezawodnie. Czyżby, trzy i pięć mogło