Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakto? więc chcesz koniecznie udać się do sądów, gdy pomiędzy sobą zgodzić się możemy.
— Pomiędzy nami nie może być zgody żadnej.
— Nawet kiedy oddaję bez sporu majątek cały?
— Nawet gdybyś mi dawał sto razy więcej.
— I upierasz się koniecznie szarzać po sądach nazwisko, które nosimy obadwaj, wywołując na jaw nasze domowe sprawy?
— Nazwisko to sam zhańbiłeś czynami swemi panie hrabio; ja nie uznaję pomiędzy nami żadnej solidarności. Pewno nikt nie pomiesza wielkiego pana z rzemieślnikiem, ani wydziercy z pokrzywdzonym.
— Świat uznać musi słuszność pobudek moich, skoro zrzeknę się bez sporu całego majątku; zrozumie, że na stanowisku jakie zajmowałem, inaczej postępować nie mogłem.
— Swiat! — powtórzył Kiljan, nie mogąc powstrzymać litośnego uśmiechu — zapominasz panie hrabio, że on jest bez miłosierdzia dla wszystkich upadłych, i zawsze trzyma ze zwycięzcami; zapominasz także, iż sądy jego dawno obchodzić mnie przestały, bo on wymazał mnie z rzędu żyjących.
Feliks Horecki daremnie szukał słabej strony, z którejby mógł zajść tego człowieka zahartowanego sieroctwem, nieszczęściem; taktyka jego okazała się dotąd zupełnie bezskuteczną.