Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T3.djvu/615

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głupi z prostakiem dwaj bracia rodzeni[1].


Widząc prostak w kościele, to srebrem, to złotem
I z wosku lane członki zawieszone wotem,
Jako ręce i nogi, abo kto był głuchy,
Uszy, oczy i zęby, na ostatek brzuchy,
Skoro mu członek wrzody opanują skryty.
Ulawszy z wosku, prosi, żeby był przyszyty.
Nie gardzi ksiądz szlachcica owego prostotą:
Gdybyś, rzecze, złotniczą odlał go robotą,
Nagradzając sromotę, z wosku nie ma to być,
Pewnie żebyć pomogło, kiedyby się zdobyć;
Z tego będą dwie świece do lichtarzów spore.
Co ma wisieć daremnie, lepiej ci, że zgore.
Cóż ten czyni? jednego z trzech kmieci zastawi;
I to plugastwo srebrem odlewane sprawi.
Obieca ksiądz powiesić, ale za zasłoną,
Żeby ludzi nie gorszyć rzeczą tak mierzioną.



Wet za wet[1].


Postrzegszy Włoch, że sąmsiad u żony mu bywa,
Chcąc mu oddać wet wetem, do czasu pokrywa;
Dopiero mając tego znaki nieomylne,
Kiedy go wypuszczała z domu przez drzwi tylne,
Zamknąwszy się w alkierzu bierze ją na pytki,
I słowy naprzód gani tak sromotne zbytki.
Mając korbacz gotowy, pyta, prawda li to?
Zrazu się przała, potym, żeby jej nie bito,
Przysiągszy; że się tego więcej nie dopuści,
Przyzna, upadszy do nóg; a mąż za tym: „Już ci

  1. 1,0 1,1 Tamże.